środa, 28 maja 2014

Rozdział 2


*Ashley*
Ze spokojnego snu wybudziły mnie ciche hałasy dobiegające z salonu. Od kilku dni byłam w domu totalnie sama, bo wujek wyjechał w trasę na pare dni, a jego przyjazd był zaplanowany na sobotę za tydzień.  Wstałam z łóżka i powoli zeszłam na dół żeby sprawdzić kto to. Wyjżałam zza drzwi prowadzących do salonu i zobaczyłam jakiegoś kolesia leżącego na mojej kanapie, który beztrosko oglądał sobie telewizję. Myślałam, że mam jakieś pokręcone zwidy, jednak to działo się na prawdę! To wszystko było dziwne, ale musiałam jakoś zareagować. Ukradkiem podeszłam trochę bliżej i wyskoczyłam zza kanapy prosto na nieznajomego włamywacza.
- Jakie miłe powitanie... -- zaśmiał się cicho. Spojrzałam na twarz mężczyzny... To był ten palant ze szkoły Zayn i właśnie "przytulałam" się do niego w pasie!
- Co ty tu robisz, koleś?! -- momentalnie się od niego odsunęłam. - Myślałam, że ktoś się włamał do domu! Zaraz... Przecież tak jest! Po co tu przyszedłeś i jak się dostałeś do środka?! -- zaczęłam krzyczeć rozwścieczona.
- Wiesz, przyszedłem z nudów... Chciałem cię gdzieś wyciągnąć, ale widzę, że nie specjalnie masz na to ochotę. A klucz znalazłem pod wycieraczką. -- powiedział obojęnie z rozśmieszonym wyrazem twarzy. Złapałam go za rękę i pociągnęłam w stronę korytarza
- Wyłaź. -- otworzyłam drzwi i spojrzałam na niego wymownie. Zaśmiał się tylko i nadal stał w tym samym miejscu.
- No już! -- zadarłam się.
- Dobra, dobra... Już idę. -- przekroczył próg drzwi widząc moją wściekłość. -- Do zobaczenia, słońce. -- rzucił wychodząc z domu, a ja zamknęłam drzwi bez słowa. Ta wypowiedź nawet mnie nie zdenerwowała, a tylko spowodowała, że na mojej twarzy pojawił się lekki rumieniec... Zaraz... Przecież nie mógł mi się spodobać ten gangster!
Jednak gdzieś w środku pasowała mi się ta cała sytuacja...  Może Zayn wcale nie jest taki zły? ... STOP! Ja chyba zwariowałam! Podeszłam do okna i zobaczyłam jeszcze odchodzącego bruneta. Sporzał w moją stronę i zauważając mnie w oknie, puścił mi oczko, co wywołało u mnie przyjemne mrowienie w brzuchu. - Ze mną naprawdę jest coś nie tak... -- pomyślałam kładąc się z powrotem do łóżka. Cały czas myślałam właśnie o tym chłopaku. Chociaż nie chciałam, coś do niego czułam...

*Lucille*

Chociaż była sobota, ja już od dawna stałam na nogach... Może to nawyk? Zawsze jak byłam mała tata budził mnie wczesnym rankiem... Jeszcze pamiętam słowa, jakie wtedy wypowiadał.

"Kochanie, nie można przespać tak pięknego dnia!"

A w jego głosie słychać było radość... Miłość jaką dażył mnie, mamę oraz wszystko i wszystkich, co go otaczało. Mimo, że nie zawsze pogoda dopisywała, codziennie powtarzał to samo zdanie, nawet w czasie wichury czy innych zjawisk pogodowych. Kochałam jego i mamę, Anthony'ego i Clariss'ę Storn. Zawsze byli przy mnie, w każdym dniu mojego dorastania. Do czasu, gdy... Zaginęli bez wieści. Nadal mam nadzieję na cud, ale chyba na próżno.
- Lucy, coś nie tak? -- spytała ciocia wchodząc do kuchni.
- Nie, ciociu. Tylko się trochę zamyśliłam... -- odpowiedziałam, ukazując jej szeroki uśmiech... Mimo, że w głębi duszy słyszałam cichy szloch. Tęskonota... Tak, to zdecydowanie to.
- Kiedy wstałaś? -- odwzajemniła go i stanęła obok mnie.
- Jakąś godzinę temu. -- automatycnie odpowiedziałam.
- A czy godzinę temu nie powinnaś się przebrać w normalne ubrania? -- spoglądając na mnie, przechyliła głowę i uśmiechnęła się wymownie. No, tak... Przecież cały czas siedzę w piżamie.
- Tak, tak... Już idę. -- weszłam po dużych, kręconych schodach na górę. Cóż, nasz dom wyglądał jak willa... Weszłam do pokoju i zajrzałam do szafy. Zdecydowałam ubrać krótkie, czarne spodenki i pończochy , biały podkoszulek, a na to luźny, półprzeźroczysty sweter. Związałam włosy w koka na czubku głowy i zeszłam z powrotem na dół.
- Lucy, chodź tu na chwilkę! -- rozległ się głos Carmen z salonu. Skierowałam się w kierunku właśnie tego pomieszczenia.
- Zobacz, któ właśnie wrócił ze schroniska! -- rzuciła radośnie, puszczając obrożę mojego ukochanego czworonoga.
- Baylor! -- krzyknęłam, szczęśliwa i przykucnęłam przytulając mojego pupila. Pies rasy mieszanej, był prezentem od moich rodziców na moje 8 urodziny. Był wspaniałym i mądrym przyjacielem, wiedział kiedy ktoś chce skrzywdził swoją właścicilkę, a kiedy jest w porządku. Zawsze mi przypominał o tych latach, w których jeszcze byli przy mnie. Kto wie, gdzie teraz są?... Może nawet nie żyją? Nie! Nie wolno mi tak myśleć.
- To co, może pójdziecie na spacer? -- spytała ciocia.
- Jeszcze się pytasz? -- z uśmiechem na twarzy, spojrzałam na nią wymownie i skierowałam się w stronę wyjścia, a Baylor biegł zaraz za mną. Założyłam mu smycz na szyję, wzięłam torebkę, wkładając do niej ciasteczka, piłkeczkę i frisbee dla psa. Ubrałam czarne koturny, założyłam na nos czarne kujonki... Tak, noszę okulary... Ale tylko czasami, gdzyż częściej zakładam soczewki. Wyszłam z domu z Baylor'em u boku.

*Logan*

Siedziałem właśnie na ławce w parku z moją dziewczyną Natalie, która ciągle przytulała się do mojego ramienia.
- Logan, widziałeś tę nową, Lucy? -- spytała, kończąc minuty ciszy.
- Tak, a co? -- spojrzałem na nią pytająco.
- Trzeba na nią uważać... Może zmienić teraźniejszy porządek w szkole, a tego byśmy nie chcieli. -- powiedziała stanowczo, a ja tylko przytaknąłem. Czasami jej po prostu nie rozumiałem... Nawet nie znała tej dziewczyny, a z wyglądu wcale nie była taka "groźna". No, cóż... Ona wydaje się być taką szarą myszką, a nie jakąś szaloną buntowniczką. Marne szanse żeby odebrała Nix i Naty władzę nad szkołą.
- Halo, Nate. -- pstryknęła mi palcami przed oczami.
- Sory, trochę się zamyśliłem. -- automatycznie odpowiedziałam.
- Nie ważne. Patrz, kto idzie! -- puściła wreście moją rękę i wskazała palcem na przechodzącą obok Ashley.
- Hej, ofiaro! Zgubiłaś się może czy szukasz swojej zaczarowanej żabki. -- zaśmiała się głośno Natalie, a ja razem z nią.
- A ty widzę już swoją żabkę odczarowałaś... Coś ci to nie wyszło, bo jakoś nie widzę różnicy między nim, a żabą. -- odpyskowała blondynka.
- Uważaj na to co mówisz, frajerko, bo jeszcze pożałujesz! -- skierowałem słowa w jej kierunku i tak zaczęła się wielka sprzeczka.
- Zamknijecie się i zostawcie ją w spokoju! -- kłótnię przerwał nam chłopak, który stanął przed Ash, rozkładając ręce, jakby chciał, żeby nie stała jej się żadna krzywda, a był to Zayn.
- Nie potrzebuję obrońcy! -- krzyknęła blondynka i gwałtownie wysunęła się obok bruneta, opuszczając jego ręce na dół.
- Tak mi dziękujesz?! -- "spytał" donośnym głosem, zwracając się w jej stronę, a ja i Naty tylko się śmialiśmy pod nosem.
- Niby za co?! Może za to, że dziś rano włamałeś się do mojego domu?! -- i tak oni zaczęli się kłócić, a my jeszcze głośniej się roześmialiśmy.

*Lucille*

Właśnie przechodziłam z Baylor'em przez park, gdy usłyszałam znajomy mi głos. Spojrzałam w stronę, z której dobiegały krzyki i dostrzegłam tam Ash, kłócącą się z jakimś chłopakiem. Tuż obok nich siedział chłopak i dziewczyna... Oboje cały czas się śmiali. Dopiero, gdy spojrzeli na siebie, zopoznałam ich. Był to Logan i Natalie, chłopak, który oczarował mnie swoim spojrzeniem i dziewczyna, która mnie nie znosiła... i wice wersa. Starałam się zrobić coś, żeby mnie nie zauważyli i jakoś szybko się z tamtąd zmyć. Jednak po chwili usłyszałam swoje imię.
- Lucy! -- odwróciłam się i tylko pomachałam, nie chcąc tam podchodzić. W głębi duszy liczyłam, tylko na to, że nie karze mi tam przyjść, niestety, ale było odwrotnie. Niechętnie stanęłam, razem z Baylor'em obok Ash i reszty...
- Chciałaś coś? -- spytałam, uśmiechając się słodziutko.
- Wytłumacz panu mądremu, że nie jest mi potrzebny żaden ochroniarz! -- wydała rozkaz.
- Ona mówi, że... -- zwróciłam się do nieznajomego, jednak ten zaraz mi przerwał.
- Powiedz jej, że nie mam zamiaru zostawać żadnym ochroniarzem! -- krzyknął. - Ale skoro nie potrafi poradzić sobie z takimi, jak ci, to na pewno by jej się przydał... -- po chwili dodał i spojrzeli na siebie złowrogo.
- Dobra, mam dość! Pozwolicie chyba, że ją na chwilę porwę?! Dziękuje! -- złapałam ją za rękę i pociągnęłam za sobą, razem z moim pupilem... Gdzie? Jak najdalej od nich!

piątek, 9 maja 2014

Rozdział 1

  Twarz dziewczyny rozświetliły promienie porannego słońca, budząc ją ze spokojnego snu. Podniosła się ospale, podpierając swoje zgrabne ciało na łokciach i spojrzała na kalendarz. Był 2 września... - To już dziś! - pomyślała, po czym wybiegła ze swojego łóżka uradowana. Otóż tego dnia miał się odbyć jej pierwszy dzień w nowym liceum. Podekscytowana pobiegła do łazienki, gdzie odbyła swoją poranną toaletę. Wróciła do swojego pokoju, otworzyła ogromną szafę i wybrała rzeczy, które dziś założy, a były to:  sweterek na guziki w odcieniu pudrowego różu i biała koronkowa spódniczka, do czego założyła kremowe pończochy w przeplatany wzór, a włosy upięła w luźny warkocz i zarzuciła go na ramię. Była już gotowa... Wzięła swoją torbę i zeszła na dół, gdzie ciocia Carmen już czekała na nią ze śniadaniem.
- Dzień dobry, Lucy! -- rzuciła 30-letnia kobieta, stojąca przy blacie kuchennym, krojąc jakieś warzywa.
- Cześć, Carmen! -- odpowiedziała i zasiadła do posiłku.
- Jak wrażenia? -- spytała po chwili Carmen.
- Trochę się denerwuję, ale chyba bardziej jestem podekscytowana. -- odpowiedziała kończąc jeść już płatki z mlekiem. Podeszła do cioci i dałam jej buziaka w policzek.
- Dzisiaj nie chcę się spóźnić, więc już idę. Pa ! -- szybkim krokiem wyszła z kuchni.
- Powodzenia! -- usłyszała jeszcze za sobą głos Carmen i uśmiechnęła się do siebie. Założyła botki na wiązanie w odcieniu pudrowego różu i wyszłam z domu.... Po piętnastu minutach stanęłam przed swoją nową szkołą i oniemiała z wrażenia widząc ogromny, nowoczesny budynek.
  Liceum miało ściany w odcieniu miętowym z dodatkiem limonkowych dodatków, a po jego bokach znajdowały się dwa skrzydła. Weszła po ogromnych schodach, mijając kolejne zupełnie jej nie znane osoby, kolejne badawcze spojrzenia. Stanęłam pod wysokim dachem, podtrzymywanym przez liczne kolumny biegnące wzdłuż całej szkoły i zastanawiała się przez chwilę czy na pewno chce tam wejść... Zebrała się na odwagę i otworzyła wielkie drzwi, wchodząc wewnątrz budynku. Na środku podłogi znajdował się jaguar; znaczek szkolnej drużyny, po bokach korytarza ciągnęła się niewielka wystawa nagród, dalej było widać rzędy szafek, a przy nich mnóstwo ludzi. Nie pewnym krokiem szła przed siebie, przemierzając badawczym wzrokiem korytarze szkoły. Zauważyła sekretariat, tuż obok wejścia i bez zastanowienia weszła do środka.
- Dzień dobry, jestem tutaj nową uczennicą. -- oznajmiła zamykając za sobą drzwi.
- Imię i nazwisko? -- spytała sekretarka, nie odrywając nawet wzroku od ekranu laptopa.
- Lucille Storn. -- podeszła bliżej.
- Dobrze, możesz wejść. -- powiedziała wskazując palcem na drzwi prowadzące do gabinetu dyrektorki.
- Dziękuję. -- rzekła wchodząc do środka.

(...)

Po krótkiej rozmowie z dyrektorką i uzyskaniu kodu do szafki, od razu poszła jej szukać. Stanęła przed rzędem szafek... - 106 , 107 , 108... Jest 109 ! -- powiedziała w myślach. Otworzyła szafkę wpisując kod i zostawiła w niej kilka rzeczy... Nagle stanęła obok mnie piękna dziewczyna o blond włosach.
- Hej, jesteś tu nowa? -- spytała opierając się o czyjeś szafki.
- Tak. Mam na imię Lucy. -- odrzekła cicho, zamykając szafkę.
- Jestem Ashley. Co teraz masz? -- zadała kolejne pytanie.
- Eeem... Biologię. -- odpowiedziała zerkając na swój plan lekcji, który właśnie trzymała w ręce.
- Super, ja też. Chodź, pójdziemy razem. -- oznajmiła ciągnąc ją za sobą.

*Lucille*
Po lekcjach

Wyszłam z sali wraz ze swoją "przyjaciółką" i obie udałyśmy się w kierunku swoich szafek, które znajdowały się na przeciwko siebie. Przechodziłyśmy właśnie obok sali gimnastycznej, gdy na drodze stanęły nam dwie dziewczyny; blondynka i szatynka.
- O, kolejna nowa przylazła. -- zaśmiała się dziewczyna o blond włosach.
- Nie masz co tu robić. Myślisz, że się wpasujesz? Jesteś tylko zwykłą beznadziejną ofiarą losu, lepiej od razu się wypisz, bo tylko sobie siary narobisz! -- powiedziała szatynka. Spuściłam tylko głowę... Dotknęły mnie te słowa, jednak na razie próbowałam powstrzymywać łzy, by potem móc się wypłakać w zaciszu swojego pokoju.
- Nixie, Naty, dajcie jej spokój i zrozumcie w końcu, że tylko z siebie idiotki robicie. Jeszcze jeden taki numer i już nie żyjecie! -- wstawiła się za mną Ashley, złapała mnie za rękę i pociągnęła za sobą zdenerwowana.
- Natalie, chyba trochę przesadziłaś. -- za nami było jeszcze słychać zanikający głos "Nixie" szepczącej do "Naty". Ja i Ash byłyśmy już prawie na miejscu, gdy do Ashley podeszła nauczycielka i kazała jej iść za sobą. Pożegnałyśmy się, a ja podziękowała przyjaciółce za wstawiennictwo. Podeszłam do mojej szafki i zostawiłam w niej kilka książek. Zamknęłam ją i udałam się powolnym krokiem do wyjścia. Cały czas miałam w głowie słowa Natalie. Przemyślałam to i uświadomiłam sobie, że wpasowanie się w otoczenie nie będzie takie łatwe jak mi się wydawało jeszcze dziś rano. A co jeśli faktycznie zrobię z siebie tylko pośmiewisko? Jeśli będę wiecznie nękana? W mojej głowie kłębiło się sporo pytań, na które nie znałam odpowiedzi... Jeszcze... Z moich oczu poleciało kilka łez, a ja sama nie byłam w najlepszym stanie. Z "transu" wybudził mnie mój telefon, który zaczął wibrować w mojej torbie. Wyjęłam go i spojrzałam na ekran. Dostałam SMS-a od Carmen, a jego treść była następująca:


Na mojej twarzy pojawił się lekki uśmiech i od razu jej odpisałam. Idąc dalej korytarzem, zapatrzona w komórkę, niechcąco wpadłam w jakiegoś, biegnącego chłopaka po czym oboje wylądowaliśmy na podłodze.
- Uważaj, jak chodzisz! -- krzyknął rozglądając się dookoła po podłodze.
- Przepraszam, nie chciałam. -- powiedziałam zawstydzona, ocierając z moich policzków resztki łez.
- Nic się nie stało. -- spojrzał na mnie i uśmiechnął się. - Sory, że tak na ciebie naskoczyłem. -- podniósł się z ziemi i podał mi rękę, aby pomóc mi wstać.
- Nie ma sprawy. -- złapałam go za nią i stanęłam na równe nogi.
- Mam na imię Logan. -- przedstawił się przyglądając się dokładniej mojej twarzy. - Ty płakałaś? -- zapytał wpatrzony w moje oczy.
- Nie, wydaje ci się... Jestem Lucy. -- uśmiechnęłam się.
- Dobra, ja muszę lecieć. Pa, Lucy! -- powiedział i poszedł dalej przed siebie. Spojrzałam jeszcze za siebie, przyglądając się brunetowi. Miałam motylki w brzuchu, on był cudowny. Pojawiły się w mojej głowie kolejne nadzieje... Złudne, niestety...